To nie jest tekst o tym, czy Krzysztof Stanowski był dobrym kandydatem na prezydenta.
Nie był – co sam podkreślał. Chociaż patrząc na innych, którzy sobie z tego samego faktu sprawy nie zdawali…
Co więcej, sam od początku mówił, że prezydentem zostać nie chce i że nie uważa się za człowieka przygotowanego do tego urzędu. Chciał zebrać wymagane podpisy, wejść do kampanii i pokazać wybory od środka. Zapewne jednym ważniejszych z celów była też promocja jego mediów, to jednak mniej istotne dla tego tekstu więc pominiemy ten aspekt.
Wracając więc do kandydowania…
I właśnie dlatego jego start okazał się ciekawszy niż kolejna kandydatura człowieka przekonanego, że Polska od trzydziestu lat czekała właśnie na niego.
Stanowski zrobił coś w rodzaju testu zderzeniowego polskiej demokracji. Wszedł do systemu nie po to, żeby nauczyć się obowiązującej choreografii, ale żeby zatańczyć ją odrobinę zbyt dosłownie.
I nagle okazało się, że część rzeczy, które w wykonaniu zawodowego polityka nazywamy „kampanią”, po lekkim podkręceniu – a często i bez – brzmi jak skecz.
Nazwijmy ten stan, ustrój dyzmokracją.
Dyzmokracja zaczyna się wtedy, kiedy pseudo demokratyczne procedury zostają, a nawet determinują jako system irracjonalne i szkodliwe dla ogółu skutki. Bandy walczą o spółki skarbu, układy, okazje do „interesów”, fikcyjne etaty etc. Ideokrację. Zdrowy rozsądek wychodzi po papierosa. Jak w prawdziwej książce o Nikodemie Dyzmie.
Gdy program zastępuje slogan, kompetencje zastępuje rozpoznawalność, odpowiedzialność zastępuje obietnica, a debatę o państwie zamykamy w minutowym okienku pomiędzy dżinglem a ripostą.
Co podkręcają pierwotne ludzkie instynkty podziału na plemiona.
Stanowski ostatecznie znalazł się na karcie wyborczej obok dwunastu innych kandydatów. Dostał 243 479 głosów, czyli 1,24 proc.
To nie był wynik politycznie istotny.
Ale był wystarczająco duży, żeby eksperymentu nie dało się zbyć wzruszeniem ramion.
Najzabawniejsze jest jednak coś innego.
Stanowski nie musiał rozwalać systemu. Wystarczyło, że zaczął korzystać z niego zgodnie z instrukcją.
Monty Python w Państwowej Komisji Wyborczej
W słynnym „Ministerstwie Głupich Kroków” Monty Pythona dowcip nie polega przecież tylko na tym, że John Cleese porusza się jak połączenie bociana, marionetki i poważnej awarii układu ruchu.
Cała moc skeczu bierze się z kontrastu.
Człowiek chodzi absurdalnie, ale wokół niego działa zupełnie poważne ministerstwo. Są biurka, urzędnicy, procedury, podania i publiczne pieniądze przeznaczone na rozwój jeszcze głupszych kroków. Skecz z 1970 roku był satyrą na biurokratyczną powagę przyklejoną do absurdu.
I dokładnie dlatego happening Stanowskiego był ciekawy.
Nie zrobił skeczu o kampanii prezydenckiej. Wszedł do kampanii prezydenckiej i pozwolił jej samej zagrać w skeczu.
To stary mechanizm dobrej satyry: nie wymyślaj świata głupszego od rzeczywistego. Przesuń rzeczywisty świat o dziesięć procent i zobacz, co się stanie.
Podobny eksperyment przeprowadził wcześniej Islandczyk Jón Gnarr. Komik stworzył Best Party i obiecywał między innymi darmowe ręczniki na publicznych basenach, niedźwiedzia polarnego dla zoo czy Disneyland w okolicy lotniska.
Żart miał wykpiwać język i obietnice tradycyjnej polityki.
Problem polegał na tym, że wyborcom żart spodobał się trochę za bardzo.
W wyborach miejskich Reykjavíku w 2010 roku Best Party zdobyła 34,7 proc. głosów, sześć z piętnastu mandatów, a Gnarr został burmistrzem.
Żart musiał zacząć rządzić.
Austria ma swoją wersję tej historii. Dominik Wlazny, lekarz i punkrockowiec znany jako Marco Pogo, twórca Partii Piwa, wystartował w wyborach prezydenckich w 2022 roku.
Zdobył 8,3 proc. głosów i trzecie miejsce.
To ważne ostrzeżenie.
Polityczny żart bywa jedynie żartem do chwili, kiedy wystarczająco dużo ludzi uzna, że komik mówi o rzeczywistości uczciwiej niż politycy.
20 rzeczy, które happening Stanowskiego pokazał o naszej dyzmokracji
- Możesz obiecać prawie wszystko, bo rachunek przyjdzie później.
Stanowski świetnie wyłapał logikę licytacji. Skoro jeden kandydat obiecuje tańszy prąd, drugi powinien obiecać jeszcze tańszy. Stanowski poszedł więc na całość: obniżka cen energii o 60 proc. i sześć elektrowni atomowych w pół roku. Absurd? Oczywiście. Tyle że właśnie przesada pokazuje mechanizm: kampania premiuje atrakcyjność obietnicy dzisiaj. Realność wykonania będzie problemem jutro. - Nikt nie wystawia faktury za obietnicę bez pokrycia.
W biznesie, jeśli obiecasz klientowi sześć fabryk w pół roku i nie dowieziesz żadnej, szybko przestajesz być wiarygodnym dostawcą. W polityce po kilku latach można wyjaśnić, że zabrakło większości, partner koalicyjny przeszkadzał, zmieniła się sytuacja geopolityczna, projekt utknął albo „był to kierunek, a nie literalna deklaracja”. Dyzmokracja ma bardzo rozwinięty dział reklamacji i zadziwiająco słaby dział zwrotów. - Kandydat na prezydenta może obiecywać rzeczy, których prezydent sam nie może zrobić.
To jeden z największych absurdów polskich kampanii. Prezydent ma poważne kompetencje: może inicjować ustawy, podpisywać je lub kierować do ponownego rozpatrzenia, odgrywa istotną rolę w polityce zagranicznej i bezpieczeństwie. Nie jest jednak jednoosobowym rządem, ministrem finansów, energetyki, zdrowia i infrastruktury jednocześnie. Tymczasem kampania chwilami wygląda tak, jakbyśmy wybierali cara z Excelem. - Minuta wystarcza, żeby „rozwiązać” problem, którego państwo nie rozwiązało przez dekadę.
W głównej debacie 12 maja 2025 roku kandydaci mieli po 60 sekund na odpowiedzi na pytania dotyczące polityki krajowej i zagranicznej. Na końcowe podsumowanie dostali 90 sekund. W debacie uczestniczyło trzynaścioro kandydatów. Bezpieczeństwo, gospodarka, polityka zagraniczna, konstytucja, przyszłość kraju. Minuta. To już nie tyle debata, ile speed dating z Rzecząpospolitą. - Format nagradza pewność siebie bardziej niż myślenie.
Człowiek naprawdę znający skomplikowany problem często rozpoczyna odpowiedź od: „to zależy”. Musi rozdzielić przyczyny, pokazać warianty, koszty, ryzyka i skutki uboczne. W telewizyjnej dyzmokracji „to zależy” przegrywa z „zrobię to natychmiast”. Im bardziej skomplikowany problem, tym większą premię otrzymuje ktoś, kto potrafi udawać, że skomplikowany nie jest. - Im poważniejsza sprawa, tym bardziej opłaca się ją uprościć.
Energetyka? Jedno zdanie. Migracja? Jedno zdanie. Ukraina? Jedno zdanie. Podatki? Najlepiej procent i wykrzyknik. Obrona? Dwa hasła i flaga w tle. Dyzmokracja nie każe politykom kłamać. Tworzy jednak środowisko, w którym odpowiedź efektowna potrafi komunikacyjnie pokonać odpowiedź uczciwą. - Formalne wymagania sprawdzają poparcie, nie przygotowanie do urzędu.
Na prezydenta może kandydować polski obywatel mający najpóźniej w dniu wyborów 35 lat, korzystający z pełni praw wyborczych do Sejmu; kandydaturę musi poprzeć co najmniej 100 tys. obywateli. Nie ma egzaminu z konstytucji, bezpieczeństwa, gospodarki czy stosunków międzynarodowych. I trzeba uczciwie powiedzieć: tak właśnie powinno być. W demokracji o kompetencji ma ostatecznie decydować obywatel, a nie komisja dopuszczająca kandydatów. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy obywatel też nie dostaje narzędzi do sprawdzenia kompetencji, bo zamiast rozmowy ogląda serię minutowych występów. - Sto tysięcy podpisów to filtr organizacyjny, nie jakościowy.
Przed wyborami do PKW wpłynęły 53 zawiadomienia o utworzeniu komitetu wyborczego. Ostatecznie w głosowaniu uczestniczyło 13 kandydatów. Próg zatem działa. Sprawdza jednak przede wszystkim, czy ktoś umie uruchomić ludzi, struktury i logistykę. To cenna kompetencja polityczna. Tylko zupełnie nie ta sama co kompetencja do sprawowania urzędu. - Rozpoznawalność stała się politycznym kapitałem wymienialnym niemal natychmiast.
Dawniej trzeba było mieć partię, terenowe struktury, działaczy i dostęp do telewizji. Dzisiaj wielkie własne medium może zastąpić sporą część tej infrastruktury. Kampania 2025 pokazała szerszą zmianę: wielogodzinne rozmowy internetowe z kandydatami generowały ogromne zainteresowanie, a media tradycyjne zaczęły relacjonować rzeczywistość powstającą poza nimi. Stanowski nie stworzył tego trendu sam. Był jednak jednym z jego najbardziej spektakularnych dowodów. - Media i kandydat mogą znaleźć się w jednej osobie. I system zaczyna się drapać po głowie.
Stanowski był jednocześnie uczestnikiem kampanii i właścicielem medium, które kampanię relacjonowało, komentowało oraz przeprowadzało rozmowy z jego konkurentami. Branżowi komentatorzy zwracali uwagę właśnie na tę niezwykłą podwójną rolę. To fascynujący eksperyment, ale także realne pytanie etyczne. Kiedy dziennikarz staje się kandydatem, nie tylko zagląda za kulisy. Sam staje się częścią scenografii, którą później opisuje. - Równość czasu antenowego nie oznacza równości szans ani równości sensu.
TVP podała, że podczas kampanii wyemitowała 25 godzin bezpłatnych audycji wyborczych, przyznając każdemu z 13 uprawnionych komitetów tyle samo czasu. Brzmi wzorowo demokratycznie. Tylko że uwaga jest dziś walutą znacznie rzadszą niż czas antenowy. Kandydaci nie mają tych samych zasięgów, pieniędzy, rozpoznawalności ani zdolności wywoływania emocji. Dyzmokracja może być idealnie równa co do sekund i kompletnie nierówna co do uwagi. - Kampania jest konkursem nie tylko poglądów, ale dramaturgii.
Kto kogo zaatakuje? Kto powie coś, co rano będzie klipem? Kto zaliczy „moment debaty”? Kto zostanie memem? Media naturalnie kochają konflikt, bo konflikt ma bohatera, przeciwnika i puentę. Problem polega na tym, że państwo nie jest serialem. Najlepszy kandydat do odpowiedzialnego podejmowania decyzji może być fatalnym TikTokiem. - Im więcej kandydatów, tym mniej realnej debaty między nimi.
Trzynaście kandydatur to pluralizm. I bardzo dobrze. Ale przy ograniczonym czasie powstaje paradoks: więcej głosów może oznaczać mniej możliwości powiedzenia czegokolwiek sensownego. To nie jest argument za usuwaniem mniejszych kandydatów. To argument za zmianą formatu. Próba upchnięcia trzynastu wizji państwa w jeden telewizyjny wieczór jest organizacyjnie elegancka i poznawczo dość absurdalna. - Politycy sprzedają osobowość, choć głosujemy na urząd.
„Czy wyglądał prezydencko?”, „czy była stanowcza?”, „czy go zgasił?”, „czy dobrze wypadł?”. Zwróćmy uwagę, jak rzadko po debacie zadajemy pytanie: „który kandydat najlepiej rozumie konstytucyjne granice swojego urzędu?”. Dyzmokracja bardzo łatwo zamienia ocenę jakości przyszłych decyzji w ocenę jakości performansu. - Poważny ton potrafi legitymizować bzdurę.
To chyba najbardziej pythonowski element całej historii. Powiedz niedorzeczność w garniturze, przed flagą, patrząc prosto do kamery i używając słów „Polacy zasługują”, a nagle zaczyna wyglądać jak stanowisko programowe. Stanowski robił odwrotnie: podkręcał absurd tak mocno, żeby było widać konstrukcję. Jak w „Ministerstwie Głupich Kroków”: nie śmiejemy się tylko dlatego, że krok jest idiotyczny. Śmiejemy się dlatego, że instytucja traktuje go z urzędową powagą. - Nie trzeba mieć klasycznego programu, żeby zostać pełnoprawnym uczestnikiem programu wyborczego.
Jednym z przewrotnych elementów kampanii Stanowskiego było hasło „zero konkretów” i rezygnacja z normalnego katalogu obietnic. Mimo to występował w debatach, był analizowany, cytowany i oceniany jak pozostali. To pokazuje niewygodną rzecz: program jest dziś tylko jednym z produktów kampanii. Innymi są emocja, marka, konflikt, rozpoznawalność i rozrywka. - Koszt politycznego wejścia może gwałtownie spaść, jeśli posiadasz własną uwagę publiczności.
Według analizy sprawozdań finansowych komitetów wszyscy kandydaci w wyborach 2025 wydali łącznie na kampanię prawie 72 mln zł. Tymczasem twórca posiadający potężny własny kanał dystrybucji może część klasycznych kosztów zastąpić zasięgiem. To dobra wiadomość, bo osłabia monopol wielkich partii. I jednocześnie niebezpieczna, bo władzę partyjnych struktur może zacząć zastępować władza właścicieli uwagi. - Wyborca coraz częściej nie wie, gdzie kończy się informacja, a zaczyna spektakl.
Nowoczesna kampania jest hybrydą: trochę programu, trochę publicystyki, trochę reality show, trochę memów, trochę fact-checkingu i bardzo dużo marketingu. Stanowski ten miks uwidocznił, ponieważ jego wejście było jawnie medialne. Kiedy profesjonalny polityk robi dokładnie to samo, tylko bez mrugnięcia okiem, znacznie trudniej zauważyć mechanizm. - Antysystemowość sama może zostać produktem systemu.
To bardzo ważne. Dyzmokracja nauczyła się monetyzować bunt. Kandydat oznajmia: „oni wszyscy są tacy sami”, po czym wchodzi do tego samego studia, korzysta z tych samych przepisów, walczy o tę samą uwagę i zostaje kolejnym słupkiem w sondażu. System ma niezwykłą zdolność wchłaniania własnych krytyków. Dlatego śmiech może być początkiem diagnozy, ale nie jest jeszcze reformą. - Największym absurdem może być to, że wyborów zaczynamy doświadczać jak treści.
Kandydat ma „dobry content”. Debata „siadła”. Klip „się niesie”. Ktoś „wygrał internet”. Tymczasem na końcu nie wybieramy prowadzącego kanału ani zwycięzcy roastu, tylko człowieka otrzymującego konstytucyjny mandat na pięć lat. Tu kończy się zabawa. Jeśli dyzmokracja ma swój moment krytyczny, następuje właśnie wtedy, gdy obywatel zamienia się wyłącznie w widza, a polityka w playlistę.
Ale ten happening zrobił demokracji (lub bardziej nam) również coś dobrego
Najłatwiej uznać całą akcję za robienie sobie jaj z poważnej instytucji.
I ten zarzut nie jest pozbawiony sensu. Wybory głowy państwa to nie kabaret – w teorii, ponieważ w praktyce na dziś dzień jest to coś między tragedią, kabaretem a groteską.
Tyle że dobra satyra nie musi sprawie odbierać powagi.
Czasami właśnie ją przywraca.
Stanowski zrobił coś, czego nie potrafią podręczniki do WOS-u: pokazał procedurę w działaniu. Ludzie mogli obserwować zbieranie podpisów, rejestrację, zasady uczestnictwa w debatach, kampanię medialną i jej kulisy.
Nagle abstrakcyjne „100 tysięcy podpisów” przestało być zdaniem z podręcznika.
Stało się przepustką do studia.
I to jest wartość edukacyjna.
Badania nad polityczną satyrą pokazują zresztą, że jej oddziaływanie nie musi kończyć się na śmiechu. W badaniach nad odbiorcami satyry i parodii obserwowano związki z większym poczuciem politycznej sprawczości oraz uczestnictwem politycznym. Efekt nie jest automatyczny i zależy od odbiorcy oraz rodzaju przekazu, ale przeciwstawianie „humoru” i „edukacji obywatelskiej” jest zbyt proste.
Druga wartość tej akcji to odczarowanie języka polityków.
Kiedy ktoś obiecuje sześć elektrowni atomowych w sześć miesięcy, śmiejemy się.
I bardzo dobrze.
Tylko kolejnym pytaniem powinno być: dlaczego nie śmiejemy się równie szybko, kiedy ktoś oferuje nam trochę mniej widowiskową, ale nadal niewykonalną obietnicę?
Happening działa wtedy jak szczepionka przeciw politycznemu marketingowi. Dostajesz celowo przesadzoną dawkę mechanizmu, żeby później rozpoznawać jego łagodniejsze odmiany.
Trzecia korzyść to przywrócenie prawa do niewiedzy.
Polityk niemal nie może powiedzieć „nie wiem”, bo natychmiast zostanie to uznane za słabość.
A przecież człowiek, który nigdy nie mówi „nie wiem”, najczęściej nie jest wszechwiedzący.
Jest człowiekiem, który nauczył się odpowiadać również wtedy, gdy nie wie.
Stanowski, zaczynając swoją kampanię od przyznania, że nie posiada kompetencji do bycia prezydentem, wykonał więc paradoksalnie ruch uczciwszy niż tysiąc zapewnień o własnej wyjątkowej gotowości.
Czwarta korzyść to przesunięcie polityki w stronę długiej rozmowy.
Kampania 2025 nie należała już wyłącznie do spotów, wieców i trzydziestosekundowych telewizyjnych setek. Wielogodzinne rozmowy internetowe z kandydatami stały się wydarzeniami, a tradycyjne media zaczęły relacjonować formaty powstające w internecie. „Rzeczpospolita” opisywała tę kampanię wręcz jako medialną rewolucję, zwracając uwagę właśnie na znaczenie długich formatów wideo.
I to akurat może być lekarstwem na kawałek dyzmokracji.
Jeżeli minuta produkuje slogan, dwie godziny przynajmniej zwiększają szansę, że zauważymy, czy za sloganem stoi jakaś konstrukcja.
Piąta korzyść jest najbardziej niewygodna.
Stanowski pokazał nam samych siebie.
Dostał 243 479 głosów mimo tego, że wcześniej mówił, iż nie chce zostać prezydentem.
Można powiedzieć: ćwierć miliona ludzi zagłosowało dla „beki”.
Być może część tak.
Ale można też zapytać, ilu ludzi użyło jego nazwiska jako pola „żaden z powyższych”, gestu protestu albo komunikatu wysłanego całej klasie politycznej.
Nie wiemy.
Natomiast jeżeli setki tysięcy obywateli wolą zaznaczyć człowieka od happeningu niż polityka od programu, to jest informacja o stanie reprezentacji politycznej.
Nawet jeśli nie potrafimy jej jeszcze zamienić w elegancki wykres.
Jednego wątku celowo dziś nie rozwijam
Oczywiście cała operacja była również rewelacyjną reklamą Stanowskiego i Kanału Zero.
Branżowe media pisały po wyborach o gigantycznym wzroście rozpoznawalności, bardzo wysokich wynikach rozmów z kandydatami oraz umocnieniu Kanału Zero jako gracza w świecie politycznych mediów.
To swoją drogą fascynujący case biznesowy: jak wejść do wydarzenia, którego wszystkie media w kraju mają obowiązek lub potrzebę relacjonować, i jednocześnie być jego uczestnikiem, komentatorem oraz właścicielem własnej platformy dystrybucji.
Marketingowo: majstersztyk.
Ale to temat na inny tekst.
Bo ciekawsze pytanie brzmi, co zostało nam po tej kampanii poza kolejnymi milionami wyświetleń.
Dyzmokracja jaką obserwujemy nie jest przeciwieństwem demokracji przedstawicielsko klanowej. Jest jej skutkiem
Najłatwiejszy wniosek brzmiałby: „Stanowski udowodnił, że demokracja jest głupia”.
Nie. To byłby właśnie poziom minutowej debaty.
Chociaż? Czy tłum głosujący bardziej emocjami ma sens?
Czy można głosować nad tym czy ziemia jest płaska? Decyzje obejmujące cały kraj wymagają chłodnej analizy faktów, a nie odczuć i życzeń. Chociaż dziś często jest traktowana jak obrzędy religijne i ważniejsza od tego co jest słuszne, efektywne, prawdziwe. Do chwili aż wygra ktoś kogo wyznawcy x opcji uznają jako zło. Wtedy podważają demokrację. Tymczasem niewielu ma odwagę by podważyć system w jakim kandydaci muszą być z dużej partii, muszą oszukiwać, nie mogą mówić prawdy, nie mogą dokonać trudnych reform, nie mogą planować na dekadę do przodu…
Problem jaki dostrzegło wiele osób w tych wyborach:
Kiedy człowiek świadomie grający karykaturę kandydata zaczyna momentami niewiele różnić się konstrukcją komunikatu od ludzi, którzy oczekują, że potraktujemy ich całkowicie serio.
To jest najciekawszy rezultat całego happeningu.
Dyzmokracja zaczyna się wtedy, kiedy politycy licytują się obietnicami spoza swoich kompetencji.
Kiedy skomplikowane sprawy redukujemy do sześćdziesięciu sekund.
Kiedy pewność siebie wygrywa z wiedzą.
Kiedy nad wszystkim czuwają „media” w rękach stron.
Kiedy rozpoznawalność zaczynamy mylić z kompetencją.
Kiedy media nagradzają konflikt mocniej niż sens.
Kiedy kandydat musi mieć odpowiedź na wszystko, więc najbardziej profesjonalną kompetencją staje się profesjonalne udawanie, że odpowiedź się posiada.
Kiedy obywatel zaczyna oglądać kampanię jak kolejny sezon serialu, po czym jest szczerze zaskoczony, że po finale jego bohaterowie nadal muszą zarządzać prawdziwym państwem.
Stanowski tego systemu nie naprawił.
Nawet nie próbował.
Zrobił coś innego.
Wziął jego zasady, przekręcił pokrętło absurdu kilka pozycji w prawo i powiedział: Patrzcie. Przecież to nadal działa.
I być może dlatego sześć elektrowni atomowych w pół roku było jedną z bardziej pożytecznych obietnic całej kampanii.
Nie dlatego, że ktokolwiek miał ją spełnić.
Tylko dlatego, że przez chwilę absolutnie wszyscy wiedzieliśmy, że to bzdura. Ale kiedy latami ktoś pobiera środki za elektrownie atomową jaka nie powstaje, zamykając elektrownie węglowe i idąc w niebezpieczny stabilnością mix to już nie widzimy tego tak jasno.
Teraz dobrze byłoby nauczyć się równie szybko rozpoznawać te „modne bzdury”, które mają lepszy garnitur.


