Najpierw przedsiębiorca płaci podatkiem, składką, kolejnym wdrożeniem i czasem ludzi. Potem odkłada inwestycję, nie otwiera nowego etatu albo przenosi część aktywności gdzie indziej. Gdy takich decyzji są tysiące, koszt przestaje być problemem „bogatych przedsiębiorców”. Staje się problemem całej gospodarki.
Dane i stan prawny aktualne na 20 sierpnia 2026 r.
19 sierpnia rząd zapowiedział kolejną przebudowę podatków od 2027 roku. Wśród pomysłów znalazły się m.in. podniesienie CIT z 19 do 22 proc. dla firm osiągających ponad 50 mln euro rocznych przychodów, podniesienie daniny solidarnościowej z 4 do 5 proc. oraz ośmiokrotne obniżenie limitu przychodów pozwalającego korzystać z ryczałtu: z 2 mln euro do 250 tys. euro.
Na razie to zapowiedzi, a nie uchwalone prawo. Rząd uzasadnia je m.in. potrzebą sfinansowania zmian w PIT oraz ograniczeniem nieprawidłowości związanych z ryczałtem. I tę informację trzeba uczciwie dopowiedzieć.
Tylko że przedsiębiorca nie funkcjonuje w świecie konferencji prasowych.
On patrzy na kolejne pięć lat, kalkuluje nową halę, zatrudnienie trzydziestu osób, wejście na eksport, sukcesję albo zakup konkurenta. I zadaje sobie banalne pytanie:
jeżeli urosnę, to ile państwo zabierze mi za sam fakt, że urosłem?
Bo skala coraz częściej zaczyna przypominać w Polsce zdarzenie podatkowe.
Zanim zaczniemy dyskusję ideologiczną, spójrzmy na firmy, które już mają problem
Nie, nie każda restrukturyzacja jest winą rządu.
Firmy cierpią przez słabszą koniunkturę w Niemczech, ceny energii, drogi kapitał, wojny, problemy z płynnością, złe decyzje zarządów, utratę klientów i dziesiątki innych rzeczy. Byłoby intelektualnie nieuczciwe wrzucenie całej winy do jednego worka z napisem „państwo”.
Ale właśnie dlatego państwo w takim momencie powinno zmniejszać tarcie, a nie dokładać przedsiębiorcom kolejnych powodów do ostrożności.
Liczby z ostatnich lat nie wyglądają dobrze.
W 2022 r. restrukturyzację rozpoczęło około 2,2 tys. firm, a upadłość ogłosiło 355 przedsiębiorstw. Rok później restrukturyzacji było już 4 130, a upadłości 391. W 2024 r. restrukturyzacji było 4 457, a upadłości 436. Wreszcie w 2025 r. padł rekord: 5 132 restrukturyzacje. Formalnych upadłości było 416.
To oznacza, że w ciągu zaledwie trzech lat liczba rozpoczynanych restrukturyzacji ponad dwukrotnie wzrosła.
Trzeba jednak dopowiedzieć również drugą stronę. Postępowanie o zatwierdzenie układu jest dziś łatwiej dostępne i przedsiębiorcy częściej korzystają z restrukturyzacji zawczasu, zamiast czekać na spektakularne bankructwo. W 2025 r. ten uproszczony tryb stanowił aż 89 proc. restrukturyzacji. Sam wzrost tej liczby nie dowodzi więc, że polski biznes dwa razy bardziej choruje. Pokazuje jednak skalę firm, które uznały, że potrzebują formalnego mechanizmu ochrony i naprawy.
A 2026 r. nie daje jeszcze komfortu.
W I kwartale ogłoszono 112 upadłości, praktycznie tyle samo co rok wcześniej, ale liczba wniosków upadłościowych wyraźnie rosła. W lipcu upadłość ogłosiło 47 firm wobec 29 rok wcześniej, czyli o 62 proc. więcej, a liczba wniosków wzrosła o 23 proc. Jednocześnie liczba restrukturyzacji w części miesięcy jest niższa niż w rekordowym 2025 r., więc uczciwy wniosek brzmi: nie mamy dziś prostego „krachu”, ale mamy bardzo wysoki poziom napięcia finansowego przedsiębiorstw.
A teraz dochodzi rynek pracy
W czerwcu 2024 r. mieliśmy 762,2 tys. zarejestrowanych bezrobotnych. Rok później 797 tys. W czerwcu 2026 r. już 901,5 tys.
Stopa bezrobocia rejestrowanego wzrosła w ciągu roku z 5,1 do 5,8 proc., a liczba zarejestrowanych bezrobotnych była o 13,1 proc. większa niż rok wcześniej. W Wielkopolsce, która pozostaje najmocniejszym rynkiem pracy w kraju, liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła rok do roku o ponad 20 proc.
Czy można uczciwie napisać, że „rząd podniósł podatki, więc bezrobocie wzrosło”? Nie.
Po pierwsze, zmieniły się przepisy dotyczące rejestracji bezrobotnych, co wpływa na porównywalność danych. Po drugie, badanie BAEL nadal pokazuje niski poziom bezrobocia. Po trzecie, rynek pracy reaguje z opóźnieniem na dziesiątki czynników.
Można natomiast powiedzieć coś innego: trend jest sygnałem ostrzegawczym i właśnie teraz jest wyjątkowo głupim momentem na eksperymentowanie z kolejnymi kosztami prowadzenia i rozwijania firm.
Firma nie upada od jednego formularza.
Upada od kumulacji.
Marża spada o dwa punkty. Klient płaci 40 dni później. Energia kosztuje więcej. Bank podnosi koszt pieniądza. Księgowa potrzebuje kolejnego systemu. HR dostaje kolejną interpretację. Właściciel zamiast rozwijać biznes spotyka się z prawnikiem, żeby ustalić, czy coś, co było legalne trzy lata temu, nadal jest bezpieczne.
I w którymś momencie kolejne „to tylko 300 zł”, „to tylko jeden obowiązek” i „to dotyczy tylko większych” staje się milionami godzin i miliardami złotych wyjętymi z gospodarki.
Co dokładamy polskim firmom?
- Wyższy CIT dla firm, które urosły. Rząd zapowiedział podniesienie od 2027 r. stawki CIT z 19 do 22 proc. dla przedsiębiorstw przekraczających 50 mln euro rocznych przychodów oraz podatkowych grup kapitałowych. CIT oczywiście płaci się od dochodu, nie od przychodu, ale kryterium wejścia w wyższą stawkę ma być właśnie skala przychodów. To fatalny sygnał motywacyjny: budujemy firmę, zdobywamy rynki, przekraczamy około 200 mln zł sprzedaży i nagrodą za skalę ma być wyższa stawka podatku od zysku. Na razie jest to propozycja rządu, nie obowiązujące prawo.
- Ośmiokrotne obniżenie limitu ryczałtu. Dziś limit pozwalający korzystać z tej formy rozliczenia wynosi 2 mln euro przychodów. Rząd zapowiedział powrót do 250 tys. euro. Co ciekawe, państwo samo kilka lat temu reklamowało podniesienie limitu z 250 tys. do 2 mln euro jako uproszczenie, dzięki któremu przedsiębiorcy będą mogli poświęcać mniej czasu podatkom i więcej biznesowi. Teraz kierunek miałby zostać dokładnie odwrócony.
- Wyższa danina solidarnościowa. Zapowiedź zakłada wzrost stawki z 4 do 5 proc. od podstawy przekraczającej milion złotych. Można oczywiście powiedzieć: człowieka z takim dochodem stać. Tyle że w gospodarce pytanie nie brzmi tylko „czy go stać?”, lecz również „gdzie ulokuje kolejny milion kapitału?”. Jeżeli jednocześnie chcemy, żeby polscy przedsiębiorcy inwestowali, budowali większe firmy i zatrzymywali kapitał w kraju, permanentne karanie każdego kolejnego szczebla sukcesu zaczyna się gryźć z deklarowanym celem.
- KSeF, czyli wielka centralizacja fakturowania. Obowiązkowy KSeF wszedł etapami: od lutego 2026 r. dla największych podatników, od kwietnia dla większości pozostałych, z dalszym odroczeniem dla najmniejszych wystawców do początku 2027 r. Elektroniczny obieg faktur może docelowo automatyzować księgowość i ograniczać oszustwa, więc sam pomysł nie jest absurdem. Problemem dla firm jest koszt przejścia: integracje, procedury awaryjne, uprawnienia, szkolenia, zmiany systemów ERP i uzależnienie krytycznego procesu firmy od centralnej infrastruktury państwowej.
- Jeszcze więcej danych w JPK. Od lutego obowiązują kolejne struktury JPK_V7M(3) i JPK_V7K(3), zintegrowane m.in. z KSeF i systemem kaucyjnym. Informatyzacja fiskusa ma sens, dopóki jej efektem jest naprawdę mniej pracy po stronie uczciwej firmy. Jeżeli cyfryzacja oznacza po prostu, że przedsiębiorca ma przekazywać państwu więcej danych, częściej i w coraz dokładniejszej strukturze, to nie jest deregulacja. To cyfrowa regulacja.
- ZUS, który rośnie niezależnie od humoru klientów. W 2026 r. minimalne pełne składki społeczne przedsiębiorcy razem z Funduszem Pracy i Funduszem Solidarnościowym to około 1,93 tys. zł miesięcznie przy dobrowolnym chorobowym. Do tego dochodzi składka zdrowotna, której wysokość zależy od formy opodatkowania i wyniku; minimalna dla skali i liniowego od lutego wynosi 432,54 zł. To nie jest problem dużego, rentownego przedsiębiorstwa. To problem przede wszystkim małego biznesu w słabszym miesiącu, bo większość rachunku przychodzi niezależnie od tego, czy klient właśnie zapłacił.
- PIP dostała możliwość administracyjnego ustalenia, że B2B albo zlecenie jest w rzeczywistości etatem. Od 8 lipca 2026 r. inspekcja ma nowe narzędzia: po analizie faktycznego sposobu wykonywania pracy może dojść aż do decyzji administracyjnej stwierdzającej istnienie stosunku pracy. To zasadnicza zmiana siły urzędu wobec przedsiębiorcy, bo wcześniej kluczową rolę w takim sporze odgrywał sąd. Jednocześnie trzeba sprostować internetową panikę: B2B nie zostało zakazane, definicja stosunku pracy się nie zmieniła, a prawidłowa współpraca gospodarcza nadal jest legalna. Firmy mogą też występować o indywidualne interpretacje. Problemem jest zwiększone ryzyko i niepewność w przypadkach granicznych, szczególnie tam, gdzie specjalista sam chce działać jako przedsiębiorca.
- Państwo przelicza firmom staż pracowników według nowych zasad. Od maja 2026 r. także w sektorze prywatnym do stażu pracy zaliczane są m.in. określone okresy prowadzenia działalności gospodarczej i wykonywania zleceń. Cel społeczny jest zrozumiały: ktoś pracujący dziesięć lat na innych podstawach nie powinien być formalnie traktowany jak osoba bez doświadczenia zawodowego. Dla pracodawcy oznacza to jednak ponowne liczenie uprawnień, dokumentowanie historii pracowników i w części przypadków szybsze nabywanie świadczeń zależnych od stażu.
- SENT i historia, która powinna być podręcznikowym przykładem tworzenia prawa. W marcu 2026 r. systemem monitorowania przewozu objęto m.in. odzież powyżej 10 kg i określone przewozy obuwia. Regulacje uderzyły także w drobnych handlowców, po czym zaczęto je szybko łagodzić. Od czerwca próg dla odzieży podniesiono do 31,5 kg, dla obuwia do 64 sztuk, a krajową sprzedaż B2B, eksport czy większość WDT wyłączono z obowiązku. I właśnie to jest problem: firma najpierw dowiaduje się o kolejnym obowiązku, organizuje proces, a chwilę później państwo dochodzi do wniosku, że jednak przesadziło.
- Fundacja rodzinna: najpierw zachęcamy do sukcesji, potem zaczynamy zmieniać reguły gry. Fundacja rodzinna miała rozwiązać realny polski problem: co zrobić z firmą budowaną przez trzydzieści lat, gdy założyciel chce przekazać majątek następnemu pokoleniu, ale nie chce go rozparcelować. W 2025 r. rząd próbował istotnie zaostrzyć zasady podatkowe, m.in. przez okresy ograniczające możliwość korzystnego podatkowo zbycia aktywów; ustawa została zawetowana przez prezydenta. Temat jednak nie umarł: w 2026 r. trwa oficjalny przegląd ustawy i formułowane są kolejne rekomendacje zmian. Można i trzeba zamykać ewidentne schematy podatkowe, ale jeśli państwo tworzy instrument sukcesyjny, przedsiębiorca lokuje w nim wielopokoleniowy majątek, a dwa lata później zaczyna się gruntowna przebudowa zasad, to zaufania do państwa z tego nie będzie.
- System kaucyjny to nie tylko automat stojący przy wejściu do marketu. System działa od października 2025 r., a obowiązki dotyczą wprowadzających napoje oraz handlu. Sklepy powyżej 200 m² muszą być punktami zbiórki, a część obowiązków obejmuje również mniejsze placówki. Z punktu widzenia ochrony środowiska idea ma sens; z perspektywy przedsiębiorcy oznacza przestrzeń magazynową, obsługę zwrotów, rozliczenia kaucji, logistykę, integrację systemów i czas pracowników.
- PPWR: kolejna fala obowiązków opakowaniowych. Tu akurat uczciwie: to nie jest pomysł polskiego rządu ani „źle wdrożona dyrektywa”. PPWR jest rozporządzeniem Unii Europejskiej i od 12 sierpnia 2026 r. jest bezpośrednio stosowane we wszystkich państwach członkowskich. Obejmuje bardzo szeroki rynek opakowań i wprowadza obowiązki dotyczące m.in. zgodności, dokumentacji, substancji w opakowaniach i odpowiedzialności poszczególnych uczestników łańcucha. Sens środowiskowy można bronić; nie da się natomiast udawać, że przygotowanie dokumentacji, dostawców, opakowań i procesów jest dla MŚP darmowe.
- Do tego dochodzi polski ROP, czyli rozszerzona odpowiedzialność producenta. Polski projekt ma przenosić coraz większą część kosztów zagospodarowania odpadów opakowaniowych z mieszkańców na przedsiębiorstwa wprowadzające produkty w opakowaniach; pełne działanie systemu przewidywane jest od 2028 r., ze stopniowym wejściem opłat wcześniej. Zasada „zanieczyszczający płaci” jest logiczna. Pytanie brzmi, czy państwo potrafi stworzyć system, w którym pieniądze rzeczywiście finansują sprawne gospodarowanie odpadami, zamiast wyprodukować następną opłatę, następny rejestr i następny strumień danych.
- „Nabycie sprawdzające”, czyli państwo robi zakupy kontrolowane. Urzędnik może kupić towar lub usługę po to, by sprawdzić, czy sprzedaż została prawidłowo zaewidencjonowana i czy wydano paragon. Ważne sprostowanie: to narzędzie obowiązuje od 2022 r., więc nie stworzył go obecny rząd. Obecna dyskusja pokazuje jednak szerszy problem, który ciągnie się przez kolejne ekipy: państwo nieustannie rozbudowuje aparat wiedzy i kontroli nad przedsiębiorcą, a znacznie słabiej potrafi wykazać, ile starych obowiązków w zamian naprawdę zlikwidowało.
I właśnie punkt czternasty prowadzi do sedna.
Problemem Polski nie jest wyłącznie ten rząd.
Problemem jest zadziwiająca ciągłość myślenia kolejnych rządów o przedsiębiorcy.
Przedsiębiorca jest świetny, kiedy przecina wstęgę nowej fabryki, zatrudnia ludzi, eksportuje, finansuje budżet i występuje w spocie o polskiej gospodarce.
Kiedy zaczyna naprawdę zarabiać, staje się podejrzany.
Kiedy rośnie, można podnieść mu podatek.
Kiedy chce uprościć działalność, trzeba sprawdzić, czy przypadkiem nie korzysta za bardzo.
Kiedy buduje majątek dla następnego pokolenia, trzeba „uszczelnić”.
Kiedy zatrudnia B2B, urząd musi dostać nowe narzędzie.
Kiedy sprzedaje buty, może przydać się SENT.
Kiedy wystawia fakturę, naturalnym miejscem jej przejścia staje się państwowa infrastruktura.
Deregulacji nie mierzy się liczbą konferencji o deregulacji. Mierzy się liczbą godzin, których firma nie musi już oddawać administracji.
I wtedy dochodzimy do InPostu. Bo tu zaczyna się naprawdę niewygodna rozmowa
InPost jest dobrym przykładem firmy wyrosłej z Polski, która z lokalnego biznesu zbudowała europejskiego gracza.
W 2024 r. Grupa InPost miała 9,85 mld zł przychodów i zapłaciła w Polsce około 375 mln zł CIT.
Według zestawienia opublikowanego przez spółkę wszystkie zagraniczne firmy kurierskie ujęte w tym porównaniu zapłaciły za 2024 r. łącznie około 89,8 mln zł CIT.
DPD Polska przy 4,6 mld zł przychodów zapłaciło około 30,4 mln zł CIT.
DHL eCommerce przy około 2,8 mld zł przychodów wykazało za 2024 r. 0 zł CIT. DHL wskazywał przy tym m.in. na wysokie inwestycje oraz stratę operacyjną związaną z programem inwestycyjnym.
GLS przy około 1,4 mld zł przychodów zapłacił według zestawienia około 34,3 mln zł, a FedEx przy około 1,7 mld zł około 4,9 mln zł.
Rok później InPost pobił własny rekord: za 2025 r. grupa poinformowała o 498,3 mln zł CIT zapłaconego w Polsce.
I zanim ktoś wyciągnie najprostszy wniosek: nie, podatek CIT nie jest podatkiem od przychodu.
Firma może mieć miliardy sprzedaży, inwestować, ponosić koszty, wykazać mały dochód albo stratę i zgodnie z prawem zapłacić mały CIT lub nie zapłacić go wcale. Samo 0 zł CIT nie jest dowodem oszustwa ani nielegalnego wyprowadzania pieniędzy. W przypadku DHL spółka sama wskazywała m.in. na duży program inwestycyjny; jej strata operacyjna za 2024 r. przekraczała 140 mln zł.
Ale zestawienie i tak powinno politykom zapalić w głowie ogromną lampkę.
Bo pytanie nie brzmi:
„jak jeszcze opodatkować InPost?”
Pytanie brzmi:
„jak sprawić, żebyśmy mieli w Polsce dwadzieścia kolejnych InPostów?”
Firm, które nie są tylko lokalnym oddziałem wykonującym polecenia centrali.
Firm, w których tutaj powstaje strategia.
Tutaj są zarządy.
Tutaj buduje się technologię.
Tutaj zatrudnia się analityków, inżynierów, specjalistów od produktu, finansów, ekspansji i zarządzania.
Tutaj lokuje się własność intelektualną.
Tutaj podejmuje się decyzję, czy kupić firmę we Francji, Hiszpanii albo Wielkiej Brytanii.
I tutaj zostaje istotna część kapitału wypracowanego na świecie.
To są zupełnie inne miejsca pracy niż bycie wyłącznie montownią, magazynem albo lokalnym działem sprzedaży międzynarodowego koncernu.
Nie dlatego, że zagraniczny kapitał jest zły. Polska potrzebuje zagranicznych inwestorów. Potrzebujemy ich technologii, pieniędzy, rynków, zamówień i konkurencji.
Ale kraj, który chce się naprawdę wzbogacić, nie może przez następne trzydzieści lat zadowalać się rolą świetnego miejsca do postawienia fabryki zagranicznego właściciela.
Musi również produkować własnych właścicieli globalnych aktywów.
Tymczasem wysyłamy dokładnie odwrotny komunikat
Zbuduj małą firmę.
Potem średnią.
Potem dużą.
Zatrudnij kilkaset osób.
Ryzykuj własnym majątkiem.
Eksportuj.
Zostawiaj zyski w spółce.
Inwestuj.
A kiedy wreszcie przekroczysz poziom, na którym możesz powalczyć z zachodnim konkurentem o jego rynek, państwo powie:
gratulujemy. Wszedłeś do nowej kategorii podatkowej.
To jest ekonomicznie krótkowzroczne.
Największym problemem Polski nie jest to, że przedsiębiorca zarobił milion.
Problemem jest to, że za mało firm zbudowanych tutaj zarabia miliardy na klientach poza Polską, a następnie wykorzystuje ten kapitał do finansowania kolejnej ekspansji z centrum decyzyjnym związanym z naszym krajem.
Jeżeli przedsiębiorca z Poznania kupuje konkurenta w Niemczech, to nie jest problem nierówności społecznej.
To jest eksport polskiego kapitału i import przyszłych zysków.
Państwo nie powinno przedsiębiorcy dotować. Powinno przede wszystkim przestać zmieniać mu zasady w trakcie gry
Można ścigać agresywne unikanie podatków bez podwyższania podatku każdej firmie, która przekroczy określoną skalę.
Można chronić pracowników przed fikcyjnym B2B bez traktowania każdego dobrowolnego kontraktu dwóch profesjonalistów jak potencjalnego przestępstwa.
Można chronić środowisko, projektując obowiązki tak, żeby mikroprzedsiębiorstwo nie potrzebowało kolejnego specjalisty od compliance.
Można cyfryzować podatki tak, żeby firma po wdrożeniu KSeF naprawdę mogła zlikwidować inne raportowanie, zamiast dokładać nowy system do starych.
Można uszczelniać fundacje rodzinne wobec oczywistych nadużyć, jednocześnie zagwarantować prawdziwym firmom rodzinnym stabilność przepisów na dziesięć czy piętnaście lat.
Przede wszystkim można przyjąć banalną zasadę:
jeżeli państwo nakłada na przedsiębiorców nowy duży obowiązek administracyjny, powinno jednocześnie wskazać, który stary obowiązek znika.
Nie w prezentacji PowerPoint.
W Dzienniku Ustaw.
Bo pracownik nie stoi po drugiej stronie barykady
To jest chyba najbardziej szkodliwe kłamstwo całej tej dyskusji: przedstawianie interesu przedsiębiorcy i pracownika jako dwóch przeciwstawnych światów.
Duża, rentowna polska firma potrzebuje dobrych ludzi.
Rywalizuje o nich.
Podnosi wynagrodzenia.
Tworzy stanowiska, których piętnaście lat wcześniej w Polsce w ogóle nie było.
Kupuje usługi od kolejnych polskich przedsiębiorstw.
Finansuje inwestycje.
Płaci podatki.
Jeżeli natomiast właściciel widzi, że popyt słabnie, restrukturyzacje biją rekordy, prawo zmienia się kilka razy w roku, koszty rosną, a po przekroczeniu następnego progu skali dostanie kolejny rachunek, zachowuje się racjonalnie.
Nie buduje drugiej hali.
Nie zatrudnia dziesięciu dodatkowych osób.
Nie daje takiej podwyżki, jaką mógłby dać.
Nie kupuje maszyny.
Trzyma gotówkę.
Albo inwestuje gdzie indziej.
I właśnie dlatego najdroższym podatkiem nie zawsze jest ten zapisany w ustawie.
Najdroższy jest ten etat, który nigdy nie powstał.
Ta fabryka, której nikt nie zbudował.
Ta polska firma, która zatrzymała się na 150 mln zł obrotu zamiast dojść do 5 miliardów.
Ten przedsiębiorca, który zamiast myśleć „jak podbić Europę?”, zaczyna myśleć:
„jak nie urosnąć za bardzo, żeby znowu czegoś mi nie zmienili?”
I to jest moment, w którym problem przedsiębiorców staje się problemem pracowników, budżetu i całej gospodarki.
Państwo nie musi przedsiębiorcy kochać.
Nie musi mu stawiać pomników.
Nie musi nawet specjalnie mu pomagać.
Wystarczy, że przestanie traktować rozwój firmy jak podejrzaną aktywność i co kilka miesięcy zmieniać zasady gry tym, którzy mają tworzyć następne polskie firmy globalne.

