W nowoczesnym państwie nie chodzi o to, żeby władzę oddać „jakimś ekspertom” zamiast obywatelom. Chodzi o coś znacznie prostszego i rozsądniejszego: żeby w miejscach, od których zależy zdrowie, bezpieczeństwo, finanse, infrastruktura, edukacja i rozwój kraju, siedzieli ludzie naprawdę kompetentni.
To nie jest zamach na demokrację. To jest minimum powagi.
Dziś zbyt często przyzwyczailiśmy się do systemu, w którym o sprawach najtrudniejszych decydują osoby dobrane nie dlatego, że są najlepsze do danego zadania, ale dlatego, że są lojalne wobec środowiska, rozpoznawalne medialnie, politycznie użyteczne albo symbolicznie „dobrze wyglądają” w składzie listy. W efekcie państwo dostaje ludzi od wszystkiego i od niczego. Zamiast fachowców od systemów, dostaje twarze od narracji.
Nie potrzebujemy państwa opartego na celebrytach od opinii. Nie potrzebujemy posłów, ministrów i urzędników dobieranych dlatego, że są znani z telewizji, z boiska, ze sceny, z internetowego show, z głośnych haseł religijnych albo z publicznego epatowania tożsamością. Nie potrzebujemy ludzi, których jedyną kwalifikacją jest to, że „są nasi” i znają odpowiednie osoby. Nie potrzebujemy karierowiczów, którzy traktują państwo jak windę do osobistego awansu.
Potrzebujemy państwa, w którym rośnie znaczenie pytań najprostszych:
- czy ten człowiek umie dowieźć wynik,
- czy rozumie złożoność problemu,
- czy potrafi pracować na danych,
- czy bierze odpowiedzialność za skutki decyzji,
- czy umie przyznać się do błędu,
- czy po jego pracy zostaje realna poprawa.
To właśnie jest merytokracja. Nie rząd kasta profesorów. Nie kult dyplomów. Nie pogarda wobec zwykłych ludzi. Merytokracja to po prostu zasada, że ciężar odpowiedzialności powinien być skorelowany z jakością kompetencji i rezultatów. Im większy wpływ, tym wyższy próg wejścia.
W prywatnej firmie to wydaje się oczywiste. Właściciel nie odda finansów człowiekowi tylko dlatego, że ten ma mocne poglądy. Nie postawi fabryki pod nadzorem kogoś, kto dobrze mówi, ale nie rozumie procesu. Nie pozwoli zarządzać bezpieczeństwem komuś wyłącznie dlatego, że jest lubiany przez własny obóz. Jeśli to robi, firma długo nie przetrwa.
A przecież państwo jest znacznie bardziej złożone niż firma. Zarządza zdrowiem milionów ludzi, bezpieczeństwem granic, energią, prawem, infrastrukturą, edukacją, długiem publicznym, systemem emerytalnym i warunkami wzrostu całej gospodarki. Skoro więc od przedsiębiorstwa oczekujemy profesjonalizmu, to dlaczego od państwa mielibyśmy oczekiwać mniej?
Najgorszą chorobą obecnego modelu jest to, że zbyt często miesza trzy różne poziomy:
- reprezentację społeczną,
- spór ideowy,
- i zarządzanie skomplikowanym organizmem.
Obywatele mają pełne prawo spierać się o kierunek kraju. To naturalne. Ale kiedy przychodzi do prowadzenia systemów, nie można wszystkiego załatwiać jak studia telewizyjnego. Tu nie wystarczy „mieć stanowisko”. Trzeba jeszcze umieć myśleć przyczynowo, rozumieć dane, przewidywać skutki uboczne, porównywać rozwiązania i stale korygować błędy.
Merytokracja zaczyna się tam, gdzie kończy się fetysz stanowiska i etykiety. Gdzie ważniejsze od „kto powiedział” staje się „czy to działa”. Gdzie lepszy argument wygrywa z głośniejszym człowiekiem. Gdzie awans wynika z jakości pracy, a nie z tego, czy było się wystarczająco blisko właściwego stołu.
To dotyczy również nepotyzmu. Państwo nie może być wspólnym żerowiskiem znajomych, rodzin, dawnych współpracowników i partyjnych krewnych. Jeżeli ktoś trafia do ważnej instytucji dlatego, że jest czyimś człowiekiem, a nie dlatego, że jest najlepszym kandydatem, to system zaczyna gnić od środka. Nawet wtedy, gdy pozornie wszystko odbywa się zgodnie z procedurą.
Merytokracja nie oznacza też bezduszności. To nie kult twardych wskaźników dla samych wskaźników. Chodzi o połączenie dwóch rzeczy: kompetencji i odpowiedzialności wobec ludzi. Ekspert, który jest skuteczny, ale nie rozumie, że państwo służy obywatelom, też będzie problemem. Dlatego potrzebna jest nie tylko selekcja kompetencyjna, ale też etos służby: rzetelność, uczciwość, gotowość do korekty i świadomość, że nie zarządza się własnym folwarkiem.
W praktyce państwo oparte na merytokracji wyglądałoby inaczej niż dziś. Więcej byłoby w nim:
- jawnych kryteriów doboru ludzi,
- publicznych celów i KPI,
- okresowych przeglądów wyników,
- rozliczania za dowóz, nie za PR,
- profesjonalizacji spółek i instytucji,
- eksperckich ścieżek awansu,
- i dużo mniejszej tolerancji dla bylejakości.
To nie utopia. To po prostu próba przeniesienia do państwa standardu, który w każdej poważnej organizacji jest czymś normalnym: odpowiednia osoba do odpowiedniej roli, na podstawie jakości, nie koneksji.
Państwo naprawdę może być oparte o ekspertów i efektywność. Ale stanie się to dopiero wtedy, gdy przestaniemy uważać, że każda krytyka obecnego modelu to „elitaryzm”, a każda obrona kompetencji to „odbieranie głosu ludziom”.
Nie. Głos obywateli jest niezbędny. Ale głos obywateli nie zastępuje fachowości. Tak samo jak mandat nie zastępuje wiedzy, a popularność nie zastępuje odpowiedzialności.
Jeśli chcemy poważnego państwa, musimy wreszcie przestać mylić reprezentację z kwalifikacją.
Bo kraj, który w kluczowych miejscach stawia na znajomości, widowisko i plemienność, będzie zawsze słabszy od kraju, który stawia na ludzi naprawdę zdolnych.
A Polska ma dość potencjału, by przestać być państwem przypadkowych figur i zacząć być państwem ludzi kompetentnych.

