Dlaczego trzeba zmienić system, a nie wymieniać tylko partie?

Dlaczego trzeba zmienić system, a nie wymieniać tylko partie?

Wiele osób nadal wierzy, że wystarczy poczekać na kolejne wybory, odsunąć jednych i wprowadzić drugich. Że problem leży głównie w nazwiskach, szyldach, barwach, koalicjach. To wygodne złudzenie. Daje nadzieję bez konieczności głębszego myślenia. Problem w tym, że właśnie ono utrzymuje kraj w miejscu.

Jeśli system nagradza krótkowzroczność, populizm, lojalność partyjną, marketing i kupowanie głosów, to każda kolejna ekipa będzie prędzej czy później poruszać się według tych samych zasad. Jedni zrobią to bardziej topornie, drudzy bardziej elegancko. Jedni pod hasłem patriotyzmu, drudzy pod hasłem nowoczesności. Jedni bardziej socjalnie, drudzy bardziej liberalnie. Ale mechanika pozostanie ta sama.

A mechanika jest dziś brutalnie prosta.

Najpierw trzeba wygrać wybory. Żeby wygrać wybory, trzeba mówić to, co da głosy. Żeby dało głosy, musi być proste, emocjonalne, szybkie, widowiskowe i najlepiej kosztowne dopiero później. Potem przychodzi rządzenie. Tyle że rządzenie odbywa się już w cieniu następnych wyborów. Każdy ruch oceniany jest przez pryzmat sondaży, mediów, reakcji własnego obozu, reakcji przeciwnego obozu i ryzyka utraty poparcia. W efekcie władza nie prowadzi kraju, tylko zarządza cyklem politycznym.

W takim modelu najbardziej potrzebne reformy są zwykle najmniej opłacalne wyborczo. Naprawa finansów publicznych boli. Uczciwa reforma ochrony zdrowia boli. Porządna zmiana systemu emerytalnego boli. Walka z biurokracją wymaga konfliktu z całymi kastami interesów. Budowa przewag przemysłowych trwa długo. Reforma edukacji daje efekt po latach. To wszystko są rzeczy strategicznie konieczne, ale politycznie niewygodne.

I właśnie dlatego system wypycha je na margines.

Partie nie są w pierwszej kolejności od tego, żeby robić to, co konieczne. Partie są od tego, żeby przetrwać, utrzymać władzę albo ją zdobyć. To nie jest moralna obelga. To opis bodźców. Jeśli całe polityczne życie sprowadza się do walki o to, kto rządzi po następnych wyborach, to decyzje podejmowane są nie według pytania „co jest słuszne dla państwa?”, tylko według pytania „co nas nie zabije sondażowo?”.

Dlatego sama wymiana partii bardzo często kończy się rozczarowaniem. Ludzie myślą: „teraz będzie inaczej”. A potem okazuje się, że nowa ekipa:

  • obsadza stołki swoimi,
  • tłumaczy własne błędy „sytuacją po poprzednikach”,
  • rozdaje przywileje własnym grupom,
  • odkłada niewygodne reformy,
  • gra pod przekaz dnia,
  • i bardzo szybko zaczyna przypominać tych, których wcześniej krytykowała.

To nie przypadek. To logika systemu.

Jeżeli chcesz naprawdę zmienić jakość państwa, musisz zmienić nie tylko ludzi, ale przede wszystkim reguły, według których ci ludzie dochodzą do wpływu, podejmują decyzje, są rozliczani i są zastępowani. Bez tego każda zmiana jest tylko rotacją ekip w tym samym mechanizmie.

Zmiana systemu oznacza więc coś dużo bardziej konkretnego niż ogólne hasło „trzeba naprawić państwo”.

To oznacza:

  • więcej odpowiedzialności za wynik, a mniej odpowiedzialności za przekaz,
  • więcej jawności, a mniej zasłaniania się procedurą,
  • więcej kompetencji przy doborze kadr, a mniej nagrody za wierność partyjną,
  • więcej długofalowych celów państwowych, a mniej zarządzania od kryzysu do kryzysu,
  • więcej instytucji pilnujących jakości, a mniej swobodnej politycznej improwizacji,
  • więcej mierników, przeglądów i twardych efektów, a mniej konferencji i opowieści.

Państwo nie może być prowadzone wyłącznie jak kampania wyborcza. Kampania służy do zdobycia mandatu. Ale po zdobyciu mandatu ktoś musi jeszcze umieć dowozić wynik. A to już nie jest domena partyjnego refleksu. To jest domena kompetencji, organizacji, odwagi i odpowiedzialności.

Największa pułapka obecnego myślenia polega na tym, że ludzie widząc zło systemu, szukają wybawienia w kolejnej marce politycznej. Kolejnej twarzy. Kolejnej fali. Kolejnym „tym razem na pewno”. To działa jak uzależnienie. Człowiek czuje, że coś jest głęboko nie tak, ale zamiast domagać się zmiany reguł gry, znów stawia na nowego zawodnika na tej samej planszy.

A przecież jeśli plansza premiuje cwaniactwo, krótką pamięć, tanie obietnice i nieodpowiedzialność, to nie ma znaczenia, jak bardzo będziesz wierzyć w nowego gracza. Prędzej czy później plansza go wchłonie, zdeformuje albo wypluje.

Dlatego trzeba zmienić system, a nie tylko partie.

Nie po to, by zlikwidować spór, różnice czy wolność polityczną. Tylko po to, by niezależnie od tego, kto chwilowo jest u steru, państwo nie mogło być tak łatwo rozkręcane pod chwilowy interes, kampanię i układ. Chodzi o to, żeby zbudować mechanizmy, które wymuszają większą jakość, dłuższy horyzont i realną rozliczalność.

Dopiero wtedy wybory przestają być loterią nastrojów, a zaczynają być jednym z elementów większego, dojrzalszego porządku.

Bo państwa nie naprawia się przez zmianę kostiumów. Państwo naprawia się przez zmianę zasad, według których działają ludzie, instytucje i władza.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *