To jeszcze demokracja, czy populistyczna dyzmokracja?

To jeszcze demokracja, czy populistyczna dyzmokracja?

Demokracja w teorii brzmi pięknie. Lud rządzi, wybiera swoich przedstawicieli, rozlicza władzę i koryguje błędy. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta teoria zderza się z praktyką masowej polityki, marketingu, emocji, plemienności i walki o koryto. Wtedy demokracja bardzo łatwo przestaje być systemem wybierania najlepszych ludzi do odpowiedzialnych zadań, a zaczyna być systemem wynoszenia na szczyt tych, którzy najlepiej opanowali grę pozorów.

Właśnie wtedy zaczyna się dyzmokracja.

To nie jest ustrój zapisany w konstytucji. To stan ducha systemu. Taki moment, w którym formalnie nadal mamy demokrację, ale faktycznie coraz częściej wygrywa nie ten, kto najlepiej rozumie państwo, gospodarkę, bezpieczeństwo czy finanse publiczne, tylko ten, kto lepiej trafi w emocje tłumu, lepiej rozegra media i lepiej przyklei sobie etykietę „swój”. Nie liczy się jakość decyzji. Liczy się skuteczność w podbijaniu nastrojów.

Dlatego porównanie do kariery Nikodema Dyzmy wcale nie jest przesadą. Dyzma nie zdobywa pozycji dlatego, że jest wybitny. Zdobywa ją dlatego, że system pełen próżności, chaosu, układów i pozorów bierze go za kogoś wielkiego. Ludzie dookoła nie oceniają go po kompetencji, tylko po aurze. Po tym, jak się ustawił. Po tym, jak brzmi. Po tym, jak inni go odczytują. To nie jest tylko opowieść literacka. To jest model awansu w systemie, który przestaje wynagradzać rzetelność, a zaczyna wynagradzać wrażenie.

I dokładnie to widać w dzisiejszej polityce. Kandydat nie musi być najlepszy. Ma być rozpoznawalny. Nie musi rozumieć skutków własnych decyzji. Ma umieć je sprzedać. Nie musi być człowiekiem odpowiedzialnym. Ma dobrze wyglądać na ekranie, dobrze wypaść w zwarciu i dobrze krzyczeć na przeciwnika. W takim systemie człowiek kompetentny przegrywa z człowiekiem widowiskowym. Ten pierwszy mówi: „to trudne, ale konieczne”. Ten drugi mówi: „dam wam więcej, szybciej i bez kosztów”. I to właśnie ten drugi zbiera brawa.

Największy absurd demokracji zaczyna się wtedy, gdy próbujemy wmówić sobie, że większość sama z siebie tworzy prawdę. Nie tworzy. Gdybyśmy zarządzali państwem jak szkolną zabawą i kazali głosować, czy ziemia jest płaska, to przecież liczba podniesionych rąk nie zmieniłaby kształtu planety. Większość nie produkuje faktów. Może tylko wyrazić opinię. Problem polega na tym, że w polityce ten sam mechanizm bywa traktowany jak objawienie. Nagle okazuje się, że w głosowaniu można wygrać ekonomię, demografię, energetykę, zdrowie i dług publiczny. Tak jakby budżet miał się zginać do sondażu, a nie do matematyki.

To właśnie tutaj demokracja skręca w stronę dyzmokracji: kiedy uznaje się, że popularność jest ważniejsza od rzeczywistości. Wtedy nie pyta się już, co działa, tylko co „się niesie”. Nie pyta się, co buduje kraj za 10 czy 20 lat, tylko co podnosi notowania przed najbliższymi wyborami. Władza zaczyna żyć od sondażu do sondażu, od kryzysu medialnego do kryzysu medialnego, od konferencji do konferencji. Państwo staje się dekoracją dla kampanii permanentnej.

Do tego dochodzi plemienność. Gdy system polityczny przeradza się w wojnę dwóch wielkich obozów albo kilku stale skłóconych stad, przestaje chodzić o prawdę. Zaczyna chodzić o lojalność. Ludzie nie pytają już: „czy to jest dobre dla kraju?”. Pytają: „czy to jest nasze czy ich?”. W takim układzie niemal każda decyzja zostaje wciągnięta w spór tożsamościowy. Jeśli mówi to „nasz”, to bronimy. Jeśli mówi to „ich”, to odrzucamy. Nie działa rozumowanie. Działa plemienny odruch.

A przecież państwo nie jest studiem telewizyjnym. Nie jest ringiem. Nie jest fanclubem. Państwo to skomplikowany organizm, w którym źle ustawione bodźce niszczą przyszłość milionów ludzi. Jeśli przez lata nagradza się w nim tych, którzy obiecują najwięcej i odpowiadają najmniej, to nie trzeba żadnego wielkiego spisku. System sam produkuje złe kadry. Sam promuje ludzi krótkiego horyzontu. Sam wypycha do góry tych, którzy potrafią wygrać emocję, a nie tych, którzy potrafią dowieźć wynik.

Dlatego problemem nie jest tylko to, że rządzą źli ludzie. Problemem jest to, że obecny model wynoszenia ludzi do władzy zbyt często premiuje dokładnie te cechy, które w zarządzaniu państwem są najgroźniejsze: pychę, marketingowy talent bez treści, odporność na wstyd, spryt w układach, zero odpowiedzialności za długi ogon skutków i zdolność mówienia tego, co tłum chce usłyszeć.

Jeśli ktoś chce naprawdę bronić demokracji, powinien zacząć od uczciwego pytania: czy dzisiejsza praktyka polityczna jeszcze służy do wybierania ludzi zdolnych prowadzić kraj, czy już głównie do wynoszenia Nikodemów Dyzm XXI wieku?

Bo jeśli to drugie, to nie jesteśmy już w zdrowej demokracji. Jesteśmy w populistycznej dyzmokracji systemie, który myli hałas z mandatem, widowisko z kompetencją i zwycięstwo wyborcze z prawem do psucia państwa.

I właśnie dlatego nie wystarczy już wzruszać ramionami i mówić: „tak działa polityka”. Nie. Tak działa źle ustawiony system. A źle ustawiony system trzeba naprawić, zanim ostatecznie zamieni państwo w scenę dla coraz bardziej bezwstydnych Dyzmów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *